List
Do Ciebie piszę- wreszcie, nareszcie. Ze strachem piszę, ze znakiem zapytania na czole wyrytym wprost. Z oczami wybałuszonymi od doznań, z uszami położonymi po sobie jak pies. Ze wstydem piszę. Z wielką wstydliwością piszę. Że mnie tak długo wicher niósł, huragan, zamieć, tornado, myśl. Że sen mnie zmorzył, nieprzerwany, mocny. Że przespałem dzień, noc, dzień, noc, dzień-noc. A Ty czekałaś.
Przecierałaś sen mocny i nieprzerwany z powiek, nie spałaś dzień, noc, dzień, noc, dzień-noc. Bez przerwy. Bez ustanku tak.
Do Ciebie piszę- wreszcie, nareszcie. Wczorajszej nocy wyszedłem na sobie dobrze znaną ścieżkę i spotkałem siebie. Spotkałem siebie i siebie się przestraszyłem. Przestraszyłem się i zacząłem uciekać. Zacząłem uciekać i wbiegłem do sieni. Wbiegłem do sieni i zamknąłem za sobą drzwi. zamknąłem za sobą drzwi i poczułem ulgę. Poczułem ulgę i wytarłem pot z czoła. Wytarłem pot z czoła i poszedłem spać. Poszedłem spać i zasnąłem. Zasnąłem i dziwne rzeczy zaczęły mi się śnić. Zaczęły mi się śnić dziwne rzeczy – że wyszedłem na dobrze sobie znaną ścieżkę i spotkałem siebie, spotkałem siebie i siebie się przestraszyłem, przestraszyłem się i zacząłem uciekać, zacząłem uciekać i wbiegłem do sieni, wbiegłem do sieni i zamknąłem za sobą drzwi, zamknąłem za sobą drzwi i poczułem ulgę, poczułem ulgę i wytarłem pot z czoła, wytarłem pot z czoła i…
Obudziłem się.
Było ciemno. Było zimno. Była noc.
Wczorajsza noc, kiedy wyszedłem na sobie dobrze znaną ścieżkę i spotkałem siebie.
Dziś piszę do Ciebie- wreszcie, nareszcie. dziś wreszcie, nareszcie usłyszeć mnie możesz, poczuć mnie możesz, przytulić mnie możesz nie na żarty. W tym skrawku papieru, w tym potoku atramentu niebieskiego jak niebo albo sam Pan-Bóg nasz niebieski.
Dziś wreszcie, nareszcie odkryć mnie możesz- tak, jak się odkrywa wyspy albo kontynenty, dziś wreszcie, nareszcie możesz się porządnie wyspać. Nie musisz przecierać snu mocnego i nieprzerwanego z powiek, który dzień i noc, dzień i noc, dzień-noc przecierałaś. Bez ustanku tak.
Dziś wreszcie, nareszcie nie musisz czekać. Dzień, noc, dzień, noc, dzień-noc czekaniem byłaś,. Poczekalnią dla zdławionych myśli, słów na wpół utkwionych w gardle jak ości po wychudłej rybie. Dzień, noc, dzień, noc, dzień-noc martwiłaś się o mnie, o mnie się martwiłaś, gdy mnie tak długo wicher niósł, huragan, zamieć, tornado, myśl. Martwiłaś się. Bez ustanku tak.
Dziś wreszcie, nareszcie nie musisz się martwić. Nie musisz się martwić, bo wreszcie, nareszcie do Ciebie piszę. Ze strachem piszę, ze znakiem zapytania na czole wyrytym wprost. Z oczami wybałuszonymi od doznań, z uszami położonymi po sobie jak pies. Ze wstydem piszę. Z wielką wstydliwością piszę. Bo dusza naga, nagusieńka, nowo narodzona lgnie do papieru, płynie potokami słów, do Ciebie do Ciebie do Ciebie ta dusza naga, nagusieńka lgnie. Jak magnez.
I nie rozerwie jej żaden sztorm, wichura żadna, tornado albo myśl. Bo ona lgnie, do Ciebie lgnie jak magnes.
Do Ciebie piszę wreszcie, nareszcie. Wreszcie, nareszcie po tym, jak zaczekana, wycieńczona, niewyspana, zniknęłaś za murami tego wielkiego domu- może domu ze snu co mi się wczoraj śnił- może- piszę do Ciebie. I taki strach mnie ogarnia, taki lęk, taka myśl- że oto wyszłaś na dobrze sobie znaną ścieżkę i spotkałaś siebie. Spotkałaś siebie i przestraszyłaś się. Przestraszyłaś się i zaczęłaś uciekać. Zaczęłaś uciekać i wbiegłaś do sieni. Wbiegłaś do sieni i zamknęłaś za sobą drzwi. Zamknęłaś za sobą drzwi i poczułaś ulgę. Poczułaś ulgę i wytarłaś pot z czoła. Wytarłaś pot z czoła i poszłaś spać. Poszłaś spać i zasnęłaś. Zasnęłaś i dziwne rzeczy zaczęły Ci się śnić. Zaczęły Ci się śnić dziwne rzeczy, że wyszłaś na dobrze sobie znaną ścieżkę i przestraszyłaś się, przestraszyłaś się i zaczęłaś uciekać, zaczęłaś uciekać i wbiegłaś do sieni, wbiegłaś do sieni i zamknęłaś za sobą drzwi, zamknęłaś za sobą drzwi i poczułaś ulgę, poczułaś ulgę i wytarłaś pot z czoła, wytarłaś pot z czoła i poszłaś spać, poszłaś spać i przyśnił Ci się ten koszmarny sen:
„Wyszłaś na dobrze sobie znaną ścieżkę i spotkałaś siebie. Spotkałaś siebie i siebie się przestraszyłaś. Przestraszyłaś się i zaczęłaś uciekać. Zaczęłaś uciekać i wbiegłaś do sieni. Wbiegłaś do sieni i zamknęłaś za sobą drzwi. Zamknęłaś za sobą drzwi i poczułaś ulgę. Poczułaś ulgę i wytarłaś pot z czoła. Wytarłaś pot z czoła i…”
Zniknęłaś za murami tego wielkiego domu.
Do Ciebie piszę wreszcie, nareszcie. Wreszcie, nareszcie po tym, jak zaczekana, wycieńczona, niewyspana zniknęłaś za murami tego wielkiego domu- piszę do Ciebie.
Dusił mnie ten sen, co mnie się śnił, Tobie się śnił i tysiącom innych śnił się też. Dusił i dławił, ściskał i męczył, dźgał każdą najmniejszą szczelinę serca i zatruwał bólem nie do zniesienia. Aż zobaczyłem ten dom z mojego snu, Twojego snu i tysiąca innych ludzi. Na własne oczy. Aż zobaczyłem ten dom z mojego domu, twojego domu i tysiąca innych ludzi też, na jawie.
I wszedłem do środka. I zamknąłem za sobą drzwi. I zobaczyłem siebie rozdygotanego pod ciężarem własnego strachu, lęku, myśli nie do zniesienia, słowa na wpół utkwionego w gardle jak ość po wychudłej rybie. I ujrzałem innych rozdygotanych pod ciężarem własnych strachów, lęków, myśli nie do zniesienia, słów na wpół utkwionych w gardle jak ości po wychudłej rybie.
I ujrzałem Ciebie między nimi- pod ciężarem własnego strachu, lęku, myśli nie do zniesienia, słowa na wpół utkwionego w gardle jak ość po wychudłej rybie.
I uśmiechnąłem się. I wyciągnąłem ku Tobie ręce. I pragnąłem uścisnąć Cię, przytulić, uspokoić. I powiedziano mi, że to nie Ty, że to Ktoś inny, kto sen miał taki sam właśnie jak ja i Ty. Że to nie Ty, że wyciągałem swoje ręce nie do Ciebie, aby Ciebie uścisnąć, przytulić, uspokoić.
I powiedziano mi, że opuściłaś dom, wielki dom ze snu, co mi się śnił, Tobie się śnił i wielu innym się śnił. Że otworzyłaś drzwi, ze snu drzwi, co mi się śnił, Tobie się śnił i wielu innym się śnił. I wyszłaś na dobrze sobie znaną ścieżkę, ze snu, co mnie się śnił i Tobie się śnił i wielu innym się śnił.
By spotkać siebie.
Spotkać siebie i nie przestraszyć się. Nie przestraszyć się siebie i nie zacząć uciekać. Nie zacząć uciekać i nie wbiec do sieni. Nie wbiec do sieni i nie zamknąć za sobą drzwi. Nie zamknąć za sobą drzwi i nie poczuć ulgi. Nie poczuć ulgi i nie wycierać potu z czoła. Nie wycierać potu z czoła i nie iść spać . Nie iść spać i…
Nie śnić.
Że się wyszło na dobrze sobie znaną ścieżkę i spotkało siebie. Że się spotkało siebie i się siebie przestraszyło. Że się siebie przestraszyło i zaczęło uciekać. Że się zaczęło uciekać i wbiegło do sieni. Że wbiegło się do sieni i zamknęło za sobą drzwi. Że się zamknęło za sobą drzwi i poczuło ulgę. Że się poczuło ulgę i wytarło pot z czoła. Że się wytarło pot z czoła i poszło spać.
Że się śniło.
Wyszedłem z domu, z mojego snu, który zobaczyłem na jawie, otworzyłem drzwi, z mojego snu, który zobaczyłem na jawie.
Wyszedłem na sobie dobrze znaną ścieżkę, gdzie Ty i tysiące innych.
Do Ciebie piszę wreszcie, nareszcie. Do Ciebie wreszcie, nareszcie piszę. Po tym, jak na dobrze sobie znana ścieżkę wyszłaś, i ja na dobrze sobie znaną ścieżkę wyszedłem i tysiące innych ludzi też.
Ze strachem piszę, ze znakiem zapytania na czole wyrytym wprost. Z oczami wybałuszonymi od doznań, z uszami położonymi po sobie jak pies. Ze wstydem piszę, z wielką wstydliwością piszę. Że ja wciąż na jawie, czy we śnie za Tobą krok, nigdy krok w krok- z Tobą.
Dziś piszę do Ciebie wreszcie, nareszcie. I wreszcie, nareszcie wicher mnie przygnał, huragan, zamieć, tornado, myśl. Atramentowo przygnał mnie, niebiesko, anielsko, bosko…
I wreszcie, nareszcie usłyszeć mnie możesz, poczuć mnie możesz, przytulić mnie możesz nie na żarty.
Mocno tak, mocno, aż się rozsypie głuchy dźwięk tamtego snu. Tamtej nocy. Tamtego lęku…
I zmartwychwstanie dzień.
